czwartek, 15 grudnia 2016

Recenzja Medal Of Honor Vanguard PS2


Medal Of Honor Vanguard to gra FPS wydana w 2007 r. na PS2 oraz WII. W grze wcielamy się w sierżanta Keegana z 82 Powietrznodesantowej. Bitwy drugiej wojny światowej w których weźmiemy udział utrzymane są w realiach historycznych, podobnie jak bronie. Po włożeniu płytki do napędu wysłużonej PS2 pierwsze zaskoczenie – europejska wersja zawiera również polskie napisy. Drugie zaskoczenie to naprawdę ładna jak na możliwości PS2 grafika, gra godnie się zestarzała, aczkolwiek wygląd przypłacony jest spadkami wydajności podczas grania, chociaż nie zdarza się to za często. Twórcy postarali się również ze ścieżką dźwiękową, przygrywa nam piękna orkiestralna muzyka jak z dobrego filmu. Przerywniki filmowe zrealizowano jako czarno-białe minifilmy dokumentalne.

 


System sterowania został zrobiony bardzo dobrze, postać reaguje bez opóźnień, celowanie jest precyzyjne – a to bardzo istotny element w grze tego typu. Z radością da się rozdawać soczyste headshoty, co gra ujmuje później w podsumowaniu każdej misji przyznając nam odznaczenia, między innymi strzelca wyborowego. 


Celując z przyrządów analogiem nie możemy się poruszać, za to sterujemy wychyleniami naszej postaci. Powiem szczerze na początku nie byłem przekonany, ale stwierdzam iż jest to kolejny dobrze zrobiony i wygodny element sterowania, a przy tym precyzyjny. Każda broń różni się od siebie szybkostrzelnością, siłą odrzutu i mocą oraz jest ściśle wzorowana na swoim historycznym odpowiedniku. 


Zdrowie regenerujemy chowając się za przeszkodami, amunicję uzupełniamy znajdując zasobniki. Po niektórych wrogach da się podnieść upuszczoną broń. Przez większość gry będziemy poruszać się z towarzyszami i tu niestety ten element wyszedł słabo. Członkowie naszej drużyny są chyba tylko od budowania wojennego klimatu bo zabić czegokolwiek to oni nie umieją, a przeważnie zajmują całkiem dobre pozycje i musimy się z nimi przepychać. Często czekają aż odwalimy całą robotę by pchnąć fabułę do przodu. Przytoczę przykład – po lewej i po prawej korytarz. W lewym jeden nazista, w prawym dwóch, w chwili gdy wychylę głowę, ,,bum nie żyjesz”. Granatów brak żeby jakoś ich wypłoszyć. W tym czasie towarzysze niegdyś chętnie biegający przeciwnikom przed lufami stoją za rogiem. Co oni tam robią? Chyba pękają ze śmiechu. 




Wrogowie również nie są tuzami intelektu, chociaż potrafią zaleźć za skórę przewagą liczebną. W końcowych etapach mamy na głowie snajperów, karabiny maszynowe, czołgi tygrys. Nudy nie ma. Checkpointy mogły by być rozmieszczone w pewnych misjach trochę częściej. To co najbardziej urzeka w grze, to można by powiedzieć stary dobry Medal Of Honor w drugowojennych klimatach. Fajnie zrobiony ogień, zajęte walkami farmy i zniszczone kościółki, reflektory świecące w niebo, łuna na nocnym niebie, samoloty latające nad głową. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat! Skakanie ze spadochronem musiało robić na tamte czasy wrażenie. 




Zauważyłem też, że wybuch granatu zerwał jednemu z aliantów hełm z głowy. Plus za dbałość o detale. Okazjonalnie zdarzają się błędy: towarzysze przenikają przez tekstury, broń upuszczona przez przeciwnika wisi metr nad ziemią lub zawodzi detekcja trafień. Strzelasz w przeciwnika, a on nie otrzymuje obrażeń mimo, że po drodze nie ma żadnych przeszkód. Na szczęście jest to sytuacja bardzo rzadka.
Czy warto sięgnąć po Vanguard? Grę ukończyłem w jakieś 11 h, muszę powiedzieć, że zestarzała się bardzo godnie. Strzelanie jest dopracowane i ten drugowojenny klimat. Grę oceniam na 9/10, warto i trzeba sięgnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz